Przeźroczysty brzuch Sheng Nuna… czyli skąd ta herbata?

historia
brzuchszen

Historykom i archeologom nie nastręcza problemu odgadnięcie przybliżonego choćby czasu, w którym powstały piramidy czy najstarsze na naszej planecie malowidła. Tym bardziej dziwi fakt, że historia napoju, który ludzkości towarzyszy niemal od zawsze, ginie w mrokach odległych tysiącleci, do dziś pozostając tajemnicą.

0

Jedyne co uznawać przywykliśmy za pewnik to ojczyzna herbacianego naparu. Wszystkie drogi przecierane przez badaczy tematyki związanej z tym napojem prowadzą bowiem do Chin, choć i ten fakt pozostaje przypuszczeniem. Dla spokoju ducha i na potrzeby kolejnych akapitów, przyjmijmy jednak, że było tak w istocie.

Istnieją dziesiątki legend opiewających odkrycie wspaniałego smaku i właściwości herbacianych liści. Każdej z nich zarzucić można niedokładność, nierzeczywistość czy wręcz nieprawdę. Mimo to ich bajeczny charakter i oryginalność do dziś zachwyca niezliczone rzesze miłośników herbaty na całym świecie. Zresztą… Czy można stosować chłodne zasady nauk historycznych wobec napoju, którego historia zdaje się nie mieć początku?

Jeśli coś, jak ogień czy woda, obecne jest w dziejach cywilizacji od zawsze, to źródła pochodzenia takich przedmiotów i zjawisk mogą być tylko boskie. W ten właśnie sposób tłumaczyli sobie odkrycie herbaty mieszkańcy starożytnego Cesarstwa Chińskiego. Jedna z najpiękniejszych legend opowiada historię boskiego zielarza – Sheng Nuna. Kim był ów żyjący przed pięcioma tysiącami lat człowiek? Jedni mawiają, że zesłany został przez bogów. Inni wierzą, że sam musiał być jednym z bóstw, które niczym mityczny Prometeusz zeszło na ziemię, by dać ludziom podarunek, który wnieść miał radość i przywracać zdrowie w trudnym, człowieczym życiu.

Na co dzień niewiele odróżniało Szenga od innych ludzi. Żył między chłopstwem, zajmując się badaniem ziół i traw, a przede wszystkim analizowaniem ich zdrowotnych właściwości. W tym właśnie tkwiła niezwykłość owego niepozornego, niskiego jegomościa o bujnych siwych włosach i bystrym, lecz łagodnym spojrzeniu. Zielarz próbował różnych kombinacji ziół na sobie, a efekt ich działania można było natychmiast zauważyć dzięki jego… przeźroczystemu brzuchowi (sic!).

Jak chce legenda, Nung w poszukiwaniu nowych leczniczych roślin wyruszył w drogę. Górzyste trakty i niezwykły tamtego lata żar zmęczyły niemłodego już zielarza. Podróżnik oparł się o rosnące nieopodal drzewo i dysząc ciężko skrył rozgrzaną głowę w cieniu gęstego listowia. Opuścił wzrok i niemal natychmiast dostrzegł kątem oka mały liść zerwany zapewne przez górski wiatr z rozłożystych gałęzi. Nung pochylił się by go podnieść i natychmiast uświadomił sobie, że przecież to właśnie brak wiatru, czy choćby lekkiego ruchu powietrza, sprawił, że upał doskwierał mu tak niemiłosiernie. Zdrowy, soczyście zielony liść spadł jednak sam, mimo że jesień nadejść miała dopiero za kilka miesięcy.

Zielarz uznał to za wyraźny boski znak. Podniósł listek, ujął go w dłoń i zaczął przyglądać mu się dokładnie. Pełny, mocny kolor przypadł mu do gustu. Gdy Nung zacisnął dłoń z wnętrza rośliny wypłynęły naturalne, oleiste soki. Mędrzec uniósł pomięty liść i powąchał go. Mocny, nadzwyczaj silny zapach o nieznanym mu wcześniej charakterze uderzył mu do głowy. Doświadczenie podpowiadało jedno – ta roślina pomoże mu w walce z upałem, przywróci siłę ducha i pozwoli ruszyć w dalszą drogę. Tak też się stało, a z pomocą swego niezwykłego brzucha, Sheng odkrył również, że napar przygotowany z napotkanych liści może stanowić antidotum na wiele trujących ziół, o które nie trudno było w ówczesnym Cesarstwie.

Tak widzą początki herbacianej historii najstarsze Chińskie kroniki. Wedle tych samych źródeł, nowy napar potrzebował wielu wieków by na dobre zadomowić się w kulturze Państwa Środka. Tym nie mniej, gdy herbata odniosła już sukces na cesarskim dworze i coraz częściej gościła również pod wiejskimi strzechami, dokonał się ostatni akt, który na stałe połączył ją nierozerwalnym związkiem z azjatycką ojczyzną.

Stało się to w czasie, gdy za wielkim murem niepodzielnie panowania dynastia Tan. Pierwszy w historii badacz herbaty, Lu Jun, zakończył właśnie pisanie traktatu zwanego „Cha Tzin” czyli „Herbaciany Kanon”. Obwołany potem Herbacianym Bóstwem autor, zawarł w swej książce szczegółowy opis procesu przygotowania i obróbki herbacianych liści, gatunki oraz regiony kraju w których dokonuje się ich uprawy, metody badania jakości listowia oraz wody w której przygotowuje się napar. Rzecz jasna, dokonał również dokładnego opisy sposobów zaparzania i podawania gotowego napoju.

Zaszczytom i pochwałom nie było końca. Cesarz, przeczytawszy dzieło, dołożył zaś wszelkich starań by herbaciany wywar stał się elementem dworskiej etykiety i urzędniczej pracy (co, szerze powiedziawszy, znamy chyba w tym wariancie do dnia dzisiejszego…). Herbata ostatecznie zapanowała w tej części świata.

Utrzymywany w odizolowanym Cesarstwie przepis przez wiele lat pozostawał ukryty za wielkim murem. Nic dziwnego więc, że pierwsze zagraniczne podróżne herbacianego suszu wiodły przez morze do nieodległej Japonii. Niewielkie ilości przygotowanych do parzenia liści przywędrowały tam w kieszeniach sukni misjonarzy buddyjskich, którzy w dziewiątym wieku dotarli do brzegów Kraju Kwitnącej Wiśni. Ironia losu sprawiła, że nie wszystkich udało się przekonać do nowej, egzotycznej religii. Dużo więcej „wyznawców” zdobyła właśnie herbata, którą Japończycy już trzy wieki później uprawiali na masową skalę we własnych odmianach.

A Europa? Tu herbata przyjęła taktykę okrążenia. Przez syberyjskie stepy i górskie pasma, na grzbietach mułów, osłów i koni, ciągnęły niekończące się karawany przemierzające Jedwabny Szkak. Już w 1547 roku kozacy, którzy na rozkaz cara zajmowali się podbijaniem syberyjskich ludów, złożyli u stóp swego władcy beczkę pachnącego suszu, otrzymaną (lub zrabowaną) od jednego z chińskich kupców. Z drugiej strony Europy, około pół wieku później, pierwsze transporty herbaty dotarły do amsterdamskiego portu.

Nasz kraj znalazł się więc w swoistym herbacianym potrzasku, który sprawił, że nowy napój dość późno przebił się do naszej świadomości. O tym wspominałem już jednak wcześniej opowiadając historię pochodzenia oryginalnej, bo przecież polskiej, nazwy „Herbata”.